Maraton Karkonoski – dziecko we mgle, czy spacer w obłokach?

Fot. archiwum autora

Nie wiem dlaczego do tej pory nigdy nie brałem udziału w tej imprezie. To jeden z najbardziej popularnych biegów górskich w naszym regionie. Dla wielu znajomych jedyny w którym startowali albo chcieliby wystartować. Głupio mi było ciągle odpowiadać, że nie mogę nic o nim powiedzieć bo nigdy w nim nie biegłem więc w końcu postanowiłem to odfajkować i mieć z głowy.

W tym roku przypadała jubileuszowa 10 edycja. Początkowo miał on bardzo logiczny przebieg. Był to bieg grzbietem Karkonoszy, od Szrenicy do Śnieżki i z powrotem. Przy okazji 6 chyba edycji były tu rozgrywane Mistrzostwa Świata w Długodystansowym Biegu Górskim i wtedy żeby zwiększyć przewyższenie przeniesiono start do Szklarskiej Poręby. Potem, chyba ze względów organizacyjnych, przeniesiono tam też metę i wreszcie dwa lata temu wydłużono dystans i przewyższenia dodając na powrocie odcinek przez Polanę. W ten sposób uzyskano trasę o długości około 52 km i sumie podbiegów około 2400 m.
Pakiety startowe na tą imprezę rozchodzą się dosyć szybko więc kiedy tylko w październiku zeszłego roku rozpoczęły się zapisy dokonałem wymaganych formalności, zapisałem się, zapłaciłem i zapomniałem o tym. Nie przygotowywałem się jakoś szczególnie do tego biegu, wiedziałem że kiedyś tam będzie ale kiedy okazało się że to już, było za późno żeby planować dłuższy pobyt, szukać noclegów itp. Razem z Darkiem ustaliliśmy ze zaliczymy go „z biegu”, jedziemy rano, biegniemy i wracamy do domu.

Natłok zajęć w pracy sprawił że nie miałem czasu specjalnie myśleć o zbliżającym się biegu. Na dobre zaistniał w mojej świadomości dopiero w piątek wieczorem kiedy musiałem się spakować. Wtedy okazało się np że pojemnik na wodę w moim plecaku jest dziurawy i nie nadaje się do użytku. Uznałem że muszą wystarczyć dwie soflaski, chociaż mój plecak nie nadaje się do tego żeby z nich łatwo korzystać. Ponieważ podobno miało się trochę ochłodzić wrzuciłem jeszcze trochę rzeczy do ubrania jak bluza z długimi rękawami, zdejmowane rękawki które kiedyś dostałem na jakimś biegu i nigdy nie było okazji żeby z nich skorzystać, czapkę, buufa i uznałem że czas na sen.

Kilka minut po czwartej przyjeżdża Darek, wsiadam i spokojnie przez puste miasto jedziemy w kierunku autostrady. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na stacji benzynowej żeby napić się kawy. Kiedy docieramy do Szklarsiej Poręby i udaje się nam zaparkować do startu zostało nieco ponad 15 minut. Muszę jeszcze odebrać pakiet startowy, przebrać się oddać rzeczy do depozytu i trzeba szybko ustawiać się na starcie.

Kiedy przechodzę przez bramę startową i idę gdzieś na tyły widzę, że większość osób jest jakoś dziwnie grubo ubranych. Spiker informuje że maksymalna temperatura przewidywana na dzisiaj to około 9 stopni, na Śnieżce jest około 2, a podstawa chmur zaczyna się na wysokości 1000 m npm. Ja mam na sobie krótkie spodenki i koszulkę z krótkim rękawem. Może by jednak ubrać coś więcej. Zaglądam do plecaka a tam na dnie leżą dwie butelki wody i to by było na tyle. Cała reszta została w torbie oddanej do depozytu. Na szczęście w osobnej kieszeni mam na stałe zapakowaną kurtkę przeciwdeszczową i folie nrc więc to musi wystarczyć. Na razie rozgrzeję się biegnąc.

Na starcie spotykam kilka osób z pro-runu i ruszamy razem ale po chwili obok mam już tylko Marcina, dla którego to pierwszy bieg na tak długim dystansie. Trzymamy się razem do pierwszego bufetu który jest już na piątym kilometrze przy schronisku pod Łabskim szczytem. Dzięki temu że biegniemy razem wiem na bieżąco jakim tempem biegniemy, ile dystansu i przewyższenia już pokonaliśmy itp.

Fot. archiwum autora

Na bufecie nabieram wody do kubka, zjadam orzeszka w czekoladzie i jakiś kawałek brykietu o konsystencji batonów energetycznych i ruszam dalej. Skoro już wystartowałem w tych zawodach to wypadałoby ‘pobiec’ możliwie szybko. Dzisiaj nie wystarczy mi to że uda się skończyć w limicie. Kawałek za schroniskiem Marcin zatrzymuje się żeby coś jeszcze ubrać, ja ciągnę dalej ale im wyżej tym mocniej wieje, wygrzebuję wiec z plecaka kurtkę starając się przy tym zbytnio nie zwalniać żeby nie zablokować na wąskiej ścieżce kolejki zawodników. Kiedy w końcu udaje mi się założyć kurtkę i wciągnąć na głowę kaptur robi się cicho i przytulnie.

Kawałek przed granią widzę zawodników idących w przeciwną stronę, zastanawiam się dlaczego ale za moment już wiem. Kiedy dochodzę do grani wiatr uderza z taką siłą że trudno się utrzymać na nogach a w połączeniu z niską temperaturą i dużą wilgotnością, (jesteśmy już sporo powyżej podstawy chmur), jest naprawdę bardzo zimno. Zdaję sobie sprawę że tak może być przez kolejnych klika godzin, i przestaje mnie dziwić, że jeśli ktoś wybrał się zupełnie na lekko uznał że czas skończyć ta przygodę. Jak mi potem opowie Darek on również był bliski takiej decyzji, uratował go nieznany biegacz który oddał mu swoje zapasowe ubranie. Po kilkudziesięciu metrach docieram do budynku stacji przekaźnikowej na Śnieżnych Kotłach, przy którym sporo osób kuli się przy ścianach i przeszukuje plecaki żeby wydostać z nich wszystko co nadaje się do ubrania. Ja wiem już od startu że nic więcej nie znajdę więc nie zatrzymuję się tylko zaczynam biec korzystając z tego że zrobiło się płasko. Zaraz szlak po minięciu kotłów, zejdzie nico niżej i poprowadzi w dół w skos stoku wiec powinno być nieco lżej. Rzeczywiście wiatr nieco cichnie, ale ciągle jest tak mocny że na stromym zboczu w porywach spycha ludzi ze ścieżki. Na szczęście wieje do stoku, dzięki temu lewa część ścieżki ta od strony urwiska jest pusta i można nią w miarę spokojnie wyprzedzać wolniejszych zawodników. Po trawersie Wielkiego Szyszaka wracamy na grzbiet.

Nic dookoła nie widać myślę że niedługo powinienem dotrzeć na Czarną Przełęcz i kawałek grzbietu, którym niedawno biegałem aż trzykrotnie podczas Ultra Chojnika, a tu zupełnie zaskakuje mnie wyłaniający się z mgły odbudowywany budynek Pertowej Boudy. A więc jestem dużo dalej niż mi się wydawało, w tej mgle zupełnie nie rozpoznałem dobrze mi przecież znanych fragmentów trasy. Teraz kawałek asfaltem w dół, wiec biegnę szybciej i nagle wybiegamy z chmur, pod nami widać Przełęcz Karkonoską a na niej czeski hotel przy którym powinien być kolejny bufet. Po chwili jestem przy nim. Wyciągam kubek żeby napić się wody, wkładam do ust dwa kawałki energetycznego brykietu i ruszam dalej.
Teraz podobnie jak miesiąc temu początkowo strome a później nieco bardziej płaskie podejście aż do Słonecznika a później dalej w miarę płasko aż do równi pod śnieżką. Gdzieś tam w dole po lewo jest wielki i mały staw oraz Samotnia, ale widać tylko białą mgłę, czasami odgrodzoną od ścieżki łańcuchami za którymi widać ledwie zarysy wylotu żlebów. Przypominam sobie czasy kiedy zimą ćwiczyłem w tych żlebach wspinaczkę w lodzie. Kiedy to było?, chyba w 86. Dwa razy sprawdzam w myślach obliczenia żeby się przekonać że się nie pomyliłem w odejmowaniu i to naprawdę minęło już 32 lata. Jaki ja jestem stary, wielu z tych z którymi dzisiaj biegnę nie było wtedy jeszcze na świecie. Do tej grupy na pewno można zaliczyć dziewczynę która właśnie mijam a która zwraca moją uwagę tym że ma na sobie tylko koszulkę bez rękawów. Nie mam pojęcia jak jej się udało w takim stroju przetrwać do tej pory, ale nie wygląda na szczególnie przemarzniętą.

Powoli zbliżamy się do Śląskiego Domu, poznaje to po dobrze mi znanej wybrukowanej drodze i po tym że zaczynają się pojawiać zawodnicy biegnący w przeciwną stronę. Sam budynek wyłania się ze mgły kiedy jestem dosłownie kilkanaście metrów od niego. Przy murze stoją stoliki bufetu z napojami i jedzeniem przy których dyżurują uśmiechnięci wolontariusze. A wydawało mi się tydzień temu kiedy oglądałem bieg 3 x Śnieżka, że pracujący na tym punkcie ludzie mają przerąbane, ale w porównaniu z dzisiejszymi warunkami oni mieli przyjemny chłodek urozmaicany lekkim zefirkiem.

Teraz wieje tak że kiedy ruszam z kubkiem w ręku żeby popijać zjedzony właśnie kawałek brykietu wiatr wywiewa mi z niego prawie całą wodę. Przede mną ponad dwieście metrów podejścia na szczyt Śnieżki. Dobrze że są te łańcuchy bo przynajmniej widomo którędy iść. Pnę się mozolnie w górę. Ile to już razy tędy podchodziłem. Zdarzały się warunki jeszcze gorsze niż dzisiaj, jak choćby w jesieni zeszłego roku kiedy na tym kawałku towarzyszyłem mojej córce w czasie Przejścia Kotliny. Wówczas wiało podobnie jak dzisiaj a do tego padał deszcz, a w okolicach szczytu nawet grad. Ale były też warunki zupełnie inne, jak na przykład dwa lata temu kiedy razem z żoną podchodziliśmy tędy żeby zobaczyć ze szczytu wschód słońca. Wówczas panowała idealna cisza a wokół nie było nikogo. Teraz dookoła sporo innych zawodników i trochę turystów. Na szczęście dzięki pogodzie nie ma ich zbyt wielu.

Podchodzę ze świadomością że jak już dojdę na górę to pozostanie tylko powrót do Szklarskiej i teraz już dosłownie z każdym krokiem będziemy bliżej mety. W końcu szczyt, wiatr jest taki że podobnie jak już kilka razy wcześniej muszę przytrzymywać numerek startowy bo obawiam się że mi go porwie. Fajnie jest biegać w okolicy gdzie każdy kawałek jest ci doskonale znany. Teraz trasa prowadzi tak jak na Lawinie. Ruszam w dół powoli się rozpędzając, po chwili mijam odejście szlaku w kierunku Okraju. Przypominam sobie że tydzień temu na tym kawałku wyprzedzałem maruderów biorących udział w Mistrzostwach Świata w Biegach Górskich i to motywuje mnie do jeszcze szybszego biegu.
Przy Śląskim Domu nie chce mi się zatrzymywać i zbaczać te kilka metrów do bufetu ale wiem że jeszcze bardziej nie będzie chciało mi się ściągać plecaka żeby się napić, wiec korzystam z okazji żeby się napić. Dzięki tej pogodzie do tej pory piję jedynie na punktach. Teraz wypijam kubek izotoniku, popijam wodą i biegnę dalej. Po chwili przechodzę do marszu. Wiem że ten kawałek pod górę jest do przebiegnięcia, ale dzisiaj nie jestem dość silny psychicznie żeby to zrobić.

Kiedy zbliżam się do miejsca gdzie skręcamy w prawo i zaczyna się długi zbieg w kierunku Strzechy Akademickiej i Polany uśmiecham się do tych którzy dopiero zbliżają się w kierunku Śnieżki. Dla nich to ja jestem pierwszą osobą którą widzą biegnącą już z powrotem, więc przez chwile mogę pozować na bohatera. Kiedy zbiegamy niżej i wybiegamy z chmur odsłania się wspaniały widok na cała kotlinę.

Zawodnik przede mną zatrzymuje się i wyciąga telefon żeby zrobić zdjęcie, jakby się bał że ten widok zaraz zniknie i nikt mu nie uwierzy że naprawdę cośkolwiek dzisiaj widział. Kiedy go mijam okazuje się że to Mirek, jedyna osoba wymieniona z nazwiska w regulaminie dzisiejszych zawodów jako zwolniona z opłaty startowej z racji ukończenia wszystkich wcześniejszych edycji łącznie z edycja zerową. A więc wyminąłem człowieka legendę, który biegał po Karkonoszach zanim te jeszcze na dobre się wypiętrzyły. Poza tym to zawodnik z mojej kategorii wiekowej z którym zazwyczaj (a szczerze powiedziawszy chyba zawsze) przegrywałem.

Mijam też kilku innych zawodników ale są też tacy którzy wyprzedzają mnie. To mi się nie podoba. Dzisiejszy bieg jest pod tym względem bardzo klarowny, tutaj nie ma tych którzy biegną na innym dystansie albo wystartowali sporo czasu przed tobą. Tutaj każdy kto cię wyprzedza to twój śmiertelny wróg, który chce cię zapchnąć w dół tabeli wyników i pozbawić zaszczytów i profitów przynależnych za zajęcie miejsca w środkowej strefie trzeciej ćwiartki drugiej setki startujących.

Fot. archiwum autora

Zbieg się kończy i zaczyna się podejście. Bardzo mozolne ponad 400 metrów w górę z powrotem na grzbiet. Bez osłony chmur zrobiło się cieplej, zdejmuje wiec kurtkę i wyciągam jeden z pojemników z wodą. W moim plecaku nie ma żadnej sensownej kieszeni gdzie można by schować soflaskę tak, żeby była łatwo dostępna, więc niosę ja w ręku. Pociągając od czasu do czasu mały łyk wody podchodzę w kierunku Słonecznika, po drodze mijam kilka osób ale zza moich pleców pojawia się Mirek i zostawia mnie za sobą. Zastanawiam się czy nie próbować się utrzymać za nim ale w tym momencie znowu pogoda przychodzi mi z pomocą. Poziom chmur podnosi się tak wysoko, że po raz pierwszy dzisiaj, na chwilę widoczny staje się szczyt Śnieżki. Mirek zatrzymuje się i sięga po telefon żeby uwiecznić ten widok, więc znowu go wyprzedzam. Niestety po chwili ponownie on jest przede mną. Nie podejmuję walki, pozostaje mi liczyć na to że na trasie pojawi się mnóstwo cudów przyrody godnych kolejnych sesji fotograficznych.

Kiedy dochodzimy do grzbietu, wprawdzie nie wchodzimy już w chmury ale zaczyna wiać na tyle mocno że od razu sięgam ponownie po kurtkę i chowam się w jej przytulnym wnętrzu.
Kolejne kilometry płaskie po trudnej ścieżce na której należałoby biec ale jest to na tyle męczące, że co chwile przechodzę do marszu i muszę się mobilizować żeby przetruchtać kolejny odcinek. Wreszcie zaczyna się robić stromo w dół, co oznacza ze zbliżamy się do Odrodzenia. Przyśpieszam i myślę że dobrze że zaraz będzie można się porządnie napić i coś zjeść. Zauważam że myśl o jedzeniu jakoś nie budzi we mnie szczególnego entuzjazmu. Zaczęło się, dobrze że to dzisiaj tylko 50 km. Wysysam wiec tylko kawałeczek pomarańczy, wypijam kubek wody, wymieniam w plecaku soflaski z wodą i jestem gotów ruszać dalej. Niespodziewanie spotykam też Artura, którego tu dogoniłem wiec ruszamy razem. Za to za plecami zostawiam Mirka.

Przez jakiś czas podchodzę razem z Arturem, trochę rozmawiamy, mówi mi że do tej pory nie może rozgrzać dłoni. Dla niego to również debiut na takim dystansie. Kiedy ścieżka staję się węższa i nie możemy iść obok siebie wysuwam się do przodu i kiedy docieram do końca podejścia okazuje się ze Artura nie ma już za moimi plecami, więc zaczynam biec znowu samotnie. Teren jest niby prosty nie wymaga jakiegoś specjalnego skupienia, ale na ścieżce jest jednak sporo kamieni o które przy lekkim rozprężeniu można się potknąć. I to właśnie mi się przytrafia, za pierwszym razem udaje mi się jeszcze wyratować ale chwilę później już się wywracam. Na szczęście obyło się bez większych urazów. Lekko tylko zraniłem się w palec no i utytłałem w piachu ustnik soflaska, tak że przy kolejnych łykach wody czuję w ustach piach.

Wreszcie docieram do Śnieżnych Kotłów i w zasadzie został już tylko zbieg do samego dołu. Trasa prowadzi nieco inaczej niż podchodziliśmy rano, biegniemy w kierunku Szrenicy a potem przez Szrenickie Mokradła w kierunku schroniska pod Łabskim. Zupełnie bez sensu zatrzymuje się przy bufecie żeby dolać wody, chociaż mam jeszcze kilka łyków a do mety już tylko niecałe 5 km zbiegu. Ostatni odcinek pokonuję dosyć żwawo, mijam pośrednią stację kolejki, nieco niżej dopinguje mnie Ania która będzie startować jutro w Półmaratonie i już widać namioty na mecie. Zawodnicy przybiegają pojedynczo, spiker ma więc czas żeby zapowiedzieć każdego kto za chwilę pojawi się na mecie. Sama meta jest dosyć ciekawa, ostatni odcinek to strome podejście, dzięki temu fotograf ma czas żeby zrobić ostre zdjęcie.
Po minięciu mety odpoczywam, czekam aż dobiegnie Artur a potem kolejni znajomi. Przychodzi też już wypoczęty Darek, który przybiegł trzy kwadranse wcześniej. Jeszcze tylko krótka kąpiel w basenie z lodowatą wodą przygotowanym do regeneracji nóg, wspólne zdjęcie zawodników pro-runu i można wracać do domu.

Jakby ktoś pytał to przebiegłem Maraton Karkonoski.