setka

Wyrażenie "setka" ma wiele znaczeńw. Można śmiało powiedzieć, że nie zawsze kojaży nam się z dystansem. Niemniej dzięki Wiesławowoi Gerusowi każdy będize wiedział czym jest i co oznacza start w Sudeckiej Setce. Jak sam pisze miał przemyślenia natury formalnej o tym czy taki dystans należy pokonac biegiem. Nie był do tego całkiem przygotowany ale ruszył i udało mu się go pokonać w ponad 15 godzin. Gratulujemy i prosimy o więcej. Oto nie tylko recenzja ale też i osobisty pamiętnik Wiesława z wyprawy.

W piątek wybrałem się na ultra-przechadzkę. Moim celem było pokonanie dystansu i z tym sobie jakoś poradziłem, z propagowaniem biegania chyba nie bardzo, zbyt często musiałem uznawać że nie ma sensu przerywać tego marszu biegiem. Do tego byłem po prostu nie przygotowany, Co gorsza byłem nie przygotowany nie tylko treningowo ale również organizacyjnie. Kiedy szukałem w kalendarzu jakiejś imprezy w której mógłbym pokonać dłuższy dystans niż dotychczas (64 km w Krynicy) ten bieg wydał się idealny. Po pierwsze nie trzeba było się zbyt szybko decydować bo nie było ani limitu uczestników, ani żadnych losowań, można było zapisać się nawet tuz przed startem. Po drugie jak na ultra maraton górski nie wydawał się zbyt trudny, tylko 2700 km podbiegów na dystansie 100 km, a poza tym można było bez wcześniejszych deklaracji zakończyć go także na 72km. Po trzecie był tuż pod nosem, zaledwie ok 1,5 godziny dojazdu.

W jakiś niewytłumaczalny sposób nabrałem przekonania że to impreza do której można przystąpić praktycznie z marszu. Tak też zrobiłem. Nie pomyślałem wcześniej żeby zrobić sobie w piątek wolne i okazało się że muszę jeszcze pójść rano na chwilę do pracy. Chwila skończyła się przed siedemnastą i musiałem zacząć się śpieszyć żeby zdążyć, dobrze że rano wrzuciłem do bagażnika potrzebne rzeczy do biegania, wiec mogłem wyruszyć prosto w kierunku Boguszowa. Po drodze załatwiam jeszcze z kolegą że wezmę od niego namiot. Około dziewiętnastej docieram do biura zawodów odbieram pakiet startowy i pierwsza konsternacja, jest jeszcze tylko godzina żeby oddać depozyty na przepaki, których jest aż osiem. Nie mam pojęcia jak się do tego zabrać, na razie postanawiam coś zjeść bo od rana nie było czasu. W pobliskiej pizzerii zamawiam dużą pizzę. Pani pyta czy na wynos a kiedy mówię że na miejscu, pobiera z góry opłatę i po dwudziestu minutach przynosi mi gotowy wyrób o średnicy ok 50 cm i od razu dodaje że jak sobie nie poradzę to resztę mi zapakują. Mimo że jestem głodny poddaję się w połowie, będzie mi się to odbijało jeszcze przez 40 km.

W międzyczasie opracowuję strategię dotyczącą przepaków. Decyduję się żeby zapasowe buty i strój zamiast zostawiać w samochodzie obok którego będę na 42 km wysłać na km 72. Pozostałe punkty sobie daruję. Na parkingu robię pakunek i zanoszę go do biura. Przypominam sobie że miałem kupić jeszcze zapasowe baterie do czołówki. O samej czołówce na szczęście pomyślałem dwa tygodnie wcześniej, więc zdążyłem nie tylko pożyczyć ją od Magdy, ale nawet razem z Sebastianem wybrać się nocą na Ślęże żeby ją wypróbować. W rezultacie tej próby wyszło na to że jest ona zbyt słaba, więc Sebastian zostawił mi swoja czołówkę, która było sporo mocniejsza i miała tylko jedną wadę, a mianowicie wymiany baterii można w nie dokonać tylko w warunkach laboratoryjnych. Dwa tygodnie nie wystarczyły żeby to zrobić, więc teraz odwiedzam wszystkie (oba) sklepy w Boguszowie, ale udaje mi się kupić tylko 2 szt zamiast potrzebnych 3. Niby po sześciu latach studiów na wydziale elektrycznym powianiem wiedzieć czy to wystarczy do prawidłowego działania, ale uznaję że bezpieczniej będzie jak zabiorę ze sobą na drogę wszystko co mam tzn czołówkę Seby (może pociągnie na starych bateriach), czołówkę Magdy (jak się wyczerpie ta pierwsza to może będzie już trochę jasno i wystarczy słabsze światło) oraz dwie baterie (spróbuje je włożyć do czołówki Magdy, gdyby jednak nie było wystarczająco jasno).

Zadowolony że tak sprytnie to sobie wykombinowałem wsiadam do samochodu i po kilku próbach trafienia we właściwą uliczkę jadę na stadion na którym ma być meta biegu, a wcześniej jeszcze meta dla tych którzy biegną maraton, a dla reszty przepak. Okazuje się ze można wjechać na sam stadion i dalej po bieżni przejechać na drugą stronę gdzie na trawniku można postawić samochód i rozbić namiot, co też, nie wiedzieć po co robię. Nie ma czasu na odpoczynek czy też drzemkę w namiocie, trzeba się szykować do startu. Wyciągam swoje nabyte na wyprzedaży w decathlonie spodenki i przypominam sobie że miałem z nich wypruć wszyty na dole nogawki element odblaskowy. Zawsze sobie o tym przypominam przed dłuższym biegiem, i zawsze po biegu mam krwawą rysę na udzie. Teraz też zapomniałem, wiec wkładam je i myślę trudno, będzie bolało.

Dlaczego zawsze ma boleć nad tym się nie zastanawiam. Można to chyba wytłumaczyć tylko moją głupotą. Co prawda niektórzy twierdzą że głupota nie boli i że to jest podstawowy błąd ewolucji, widocznie jednak w moim wypadku ewolucja poszła w innym kierunku, ale jak widać na tym przykładzie gdyby nawet głupota bolała powszechnie to pewnie niewiele by to zmieniło, może co najwyżej spora część ludzkości wyła by z bólu. Porzucam te filozoficzne rozważania i patrzę jak ekipa obok mnie wyciąga wielką puszkę z jakimś specyfikiem i wszyscy dokładnie nacierają się nim. Znam sprawę, to przeciw otarciom, te też zawsze bolą na każdym długim biegu, ale dlaczego nie wpadłem na to żeby podejść do nich i spytać czy mogę zaczerpnąć paluchem i skorzystać z tego mazidła pozostanie chyba tajemnicą ewolucji.

Pół godziny do startu, trzeba się udać na miejsce, z którego dociera głośna muzyka. Start zlokalizowany jest na centralnym placu miasteczka. Zgromadziła się na nim spora część mieszkańców i rekordowa ilość ponad czterystu zawodników. Spotykam trochę znajomych, rozmowy wypełniają czas przed startem. Jeszcze tradycyjne oficjalne przemówienia i ruszamy, ja gdzieś na końcu, chociaż tutaj chyba klasyfikacja jest według czasu brutto nie ma to większego znaczenia.

Początek to runda honorowa po uliczkach Boguszowa, przy błyskach i ogłuszającym huku pokazu fajerwerków. Po około kilometrze znowu jesteśmy przy starcie skręcamy w boczną uliczkę a następnie na strome chody prowadzące w kierunku stadionu. Na razie jest duży tłok, nie ma potrzeby nawet odpalać czołówki, przebiegamy obok stadionu i kierujemy się na Mniszek. To pierwsza większa kulminacja, znaczną część nawet tych nieco stromszych fragmentów spora część uczestników pokonuje biegnąc. Kawałek za szczytem pierwszy bufet tylko z wadą i izotonikiem, potem zbiegamy do jakichś wsi, mimo późnej pory sporo mieszkańców czeka na ulicach i głośno dopinguje biegaczy.

Po jakimś czasie wbiegamy na stoki Trójgarbu. Teraz jest już znacznie luźniej, poza tym wokół gęsty las, nie da się obejść bez czołówki, nie lubię ucisku na głowie więc na stromych podejściach niosę ją w ręku i zakładam na głowę tylko na zbiegach. Na dwudziestym kilometrze pierwszy wypasiony bufet, oprócz napojów są rodzynki, banany bułki słodkie i zwykłe bułki z jakąś zawartością której nie uda mi się niestety poznać do końca biegu. Na razie zjadam kawałeczek banana, wypijam izotonik, który na całej trasie jest podawany w małych puszkach ze dwa kubki wody i biegnę w dół. Zbiegamy do podnóża trójgarbu i zaczynamy podchodzić na niego z powrotem przeciwnym stokiem. Na dwudziestym szóstym kilometrze znowu jesteśmy, tym razem z drugiej strony przy tym samym bufecie. Spotykam tutaj Maćka i Gosię i dalej wyruszamy razem. Dzięki temu poruszam się znacznie szybciej niż gdybym miał sam decydować o tempie. Trzymamy się razem aż do momentu w którym wybiegamy na łąki u podnóża Chełmca. Tutaj Maciek zatrzymuje się żeby schować do plecaka kijki i niestety na tym biegu więcej już go nie zobaczę.

Maciek jest doskonałym przykładem na to, że samo dobre przygotowanie nie wystarczy. On w przeciwieństwie do mnie miał wszystko przemyślane, doskonale znał trasę, startował w tym biegu już kolejny raz, oprócz tego wybrał się dwukrotnie na trening na tych trasach. Z góry zaplanował że biegnie tylko 72 km, przed biegiem wziął sobie dzień wolny, przyjechał wcześniej, jednym słowem pełen profesjonalizm. O niczym nie zapomniał, niczego nie zaniedbał, o czym najlepiej świadczy to że na przepaku w Grzędach, gdzie miał zakończyć bieg miał zdeponowane trzy puszki piwa. Jednak los chciał inaczej, najpierw Gosia powiedziała że Maciek został z tyłu bo ma kłopoty ze skurczami, potem dowiedzieliśmy się że ma kłopoty żołądkowe, a w końcu że nadludzkim wysiłkiem woli dotarł do Dzikowca, skąd zwiózł go samochód GOPR.

Na razie nie wiem że tak to się potoczy, przemierzam długie kilometry łąk i w końcu docieram do podnóża Chełmca gdzie odgania mnie Gosia i razem rozpoczynamy bardzo mozolną wędrówkę na szczyt. Trasa wiedzie ścieżką rowerową, nie jest zbyt stroma za to niemiłosiernie długa, wije się po stoku licznymi zakosami zanim wyprowadzi na szczyt. Tutaj kolejny bufet, w którym rozgaszczamy się nie dłużej. Wśród dyżurujących goprowców spotykam kolegę, rozmawiam z nimi chwilę. Pokazując na leżących pokotem kilku zawodników, którzy nie wykazują specjalnego zamiaru kontynuacji wysiłku, mówią ze czegoś takiego w poprzednich latach nie było. Może to ofiary internetowych mobilizujących memów, o których pisał Benek, a może wyjątkowo dusznej pogody. Mimo że jest trzecia w nocy temperatura utrzymuje się cały czas powyżej dwudziestu stopni.

To już 38 km, jeszcze 4 km zbiegu i będzie koniec pierwszego etapu. Zbiegamy na tyle szybko na ile się da w tych warunkach, tzn. po ciemku i po wyjątkowo kamienistej ścieżce, i przed czwartą jesteśmy na stadionie. W międzyczasie zaczęło świtać, powoli wstaje dzień. Dla niektórych to już koniec biegu. Ja mam przed sobą jeszcze 58 km,a takie rzeczy już przecież robiłem. Tyle tylko że wtedy nie miałem za sobą nieprzespanej nocy i maratonu w nogach. Trzeba więc szybko zapomnieć o tym co za mną i skoncentrować się na tym, że mam przed sobą cały dzień biegania. Zaczynam przygotowania do dalszej drogi. Odnoszę do samochodu cały sprzęt oświetleniowy, zmieniam skarpetki, zjadam słodką bułkę, wypijam kilka kubków herbaty, uzupełniam zapas wody w plecaku i jestem gotowy.

Razem z Gosią wybiegamy ze stadionu, może trochę zazdroszcząc tym, którzy biegli tylko maraton, i mogą tu zostać. Na początku trochę łąk i zanim docieramy do lasu robi się na tyle jasno, że nasze obawy czy da się biec bez światła stają się nieaktualne. Teraz na trasie jest już zupełnie luźno. Przez całe długie kilometry nie widać nikogo ani przed nami ani za nami, w lesie śpiewają ptaki, pełna sielanka. Po jakimś czasie wybiegamy na asfaltowe drogi na obrzeżach Boguszowa i kierujemy się w kierunku Dzikowca. U podnóża docieramy do dolnej stacji wyciągu i wspominamy jak w zeszłym roku biegliśmy, również momentami razem, w Krynicy gdzie trasa prowadziła pionowo wzdłuż wyciągu. Tutaj na szczęście nie ma takich atrakcji, trasa prowadzi lasem, nieco dookoła ale jest dosyć stroma. Mimo wszystko to chyba lepiej niż bardzo długie podejście na Chełmiec. Po jakim czasie naszym oczom ukazuje się schronisko na szczycie. Z tarasu słyszymy: ‘dzień dobry państwu, witamy na 55 kilometrze trasy, czy mają państwo u nas jakiś depozyt? i czy życzą państwo sobie może kawy?

Jakbyśmy przyjechali do Ritz’a. Korzystne wrażenie nie mija kiedy obchodząc budynek docieramy do podnóża wierzy widokowej. Na tych którzy zgłaszają że mają depozyt czeka już odpowiedni pakunek, kawa może być czarna, biała z cukrem co tylko kto sobie zażyczy, kiedy ktoś pyta żartem czy nie ma do kawy ciasteczek okazuje się ze nie ma problemu, jedna z dziewczyn z obsługi przynosi ciasto z jagodami które upiekła na ta okazję. Wszystko z życzliwością i uśmiechem, a przecież jest siódma rano, a zawodnicy przybiegają tutaj już od kilku godzin. To samo trzeba zresztą powiedzieć o wszystkich punktach gdzie wolontariusze czekają nie zawsze w takich komfortowych warunkach, czasami gdzieś w środku lasu przy ognisku.
Znowu robimy dłuższą przerwę, wysypuję z butów drobne kamienie, po raz drugi zmieniam skarpetki, próbuję zmobilizować się żeby zjeść coś konkretnego ale poprzestaję na połowie banana i garści rodzynek.

Robimy jeszcze pamiątkową fotkę i wyruszamy w kierunku pasma Lesistej. Niestety zaczynają się także pojawiać oznaki trudów przebytej drogi, otarcia na nogach dają o sobie znać, poza tym słońce grzeje coraz bardziej i pojawiają się roje much, które krążą wokół głowy a co gorsza są wśród nich wielkie gzy które bardzo boleśnie gryzą. Ale co robić, trzeba brnąć dalej, odwrotu raczej nie ma. Po dziesięciu kilometrach mijamy kolejny bufet i kierujemy się w kierunku wsi Grzędy. Gosia która kończy tam bieg w zasadzie żyje już wizją mety. Z utęsknieniem wypatruje pierwszych budynków, i dziwi się czemu te siedem kilometrów ciągnie się tak długo. Wreszcie wbiegamy na asfalt i pojawiają się pierwsze budynki, przed nami widać odchodzącą w ich kierunku drogę ale niestety znaki są bezlitosne i każą biec prosto. Stojący tu samotny kibic mówi że został jeszcze kilometr a widząc naszą reakcję wyciąga wielką butlę Coli i nas częstuje. Mimo ogromnej różnorodności płynów serwowanych w bufetach tego mi brakowało. Pokrzepieni ruszamy dalej, mimo że w zasadzie jest lekko z góry Gosia już nawet nie próbuje biec, a ja jestem bardzo daleki od myśli żeby ją do tego zachęcać.Dopiero kiedy widzimy punk pomiaru czasu, zrywa się do biegu i przez kilkanaście metrów propaguje słuszną ideę.

Dowiadujemy się że do tej pory do tego punktu dotarło trochę ponad sto osób, ile pobiegło dalej nie bardzo wiadomo. Przez czas który tu spędzamy mniej więcej połowa docierających decyduje się na powrót na metę czekającym busem, więc ten wkrótce się zapełnia i Gosia odjeżdża na metę gdzie, o czym jeszcze nie wie, czeka na nią miejsce na podium, bo jak się okaże była trzecią kobietą spośród tych które zdecydowały się na dystans 72km. Ja szykuję się do kolejnego etapu. Zostało 28 km, to tylko tyle co 70 okrążeń stadionu, ćwiczyłem to niedawno z Wackiem więc jestem spokojny ze dam rady, kwestia tylko ile zajmie mi to czasu i ile bólu będzie kosztowało. Bo że będzie bolało nie mam wątpliwości. W tej chwili mam już wielkie obtarcia w pachwinach, poza tym wyoraną na udzie ranę od znaczka odblaskowego w nogawce, i drugą ranę nieco wyżej od kieszonki na telefon wszytej w tej samej nogawce, do tego jeszcze sporą ranę na plecach. Zdecydowanie ten model spodenek nie jest przeznaczony na biegi ultra, wprawdzie na półce wyraźnie pisało ‘do sporadycznego uprawiania joggingu’ albo jakoś tak, ale żeby się tym przejąć chyba nie wystarcza umiejętność czytania ze zrozumieniem.

Zastanawiam się czy się przebrać, w końcu zapobiegliwie wysłałem sobie tutaj zapasowy strój, ale w końcu dochodzę do wniosku że ten ból mam już oswojony, a nowe spodenki pewnie zaraz zaczną ocierać w innych miejscach, poza tym odsłonię istniejące rany. Nie decyduję się także na zmianę butów, chociaż na obu stopach pojawiły się odciski. Poprzestaje na umyciu nóg i zmianie skarpetek.

Ruszam dalej ale przed wyruszeniem jeszcze raz wykazuje się głupotą. Zgodnie z planem miałem uzupełnić zapas wody, ale uznałem że jeszcze trochę jej zostało wiec zrobię to na kolejnym bufecie, co będę dźwigał. Pomysł być może byłby genialny, tyle tylko że nie sprawdziłem gdzie jest ten kolejny punkt. Dopiero kilometr dalej doganiam jakichś dwóch zawodników i pytam ich o to. Dowiaduję się że przed metą jest już tylko jeden punkt, a nie dwa jak mi się zdawało, za jakieś czternaście kilometrów, u strażaków nad zalewem. Sprawdzam ręką i okazuje się że plecak wcale nie jest tak bardzo wypchany. Nie chcę dopuścić do sytuacji że zabraknie mi wody, świadomość że nie mogę się napić mogłaby być dla psychiki zabójcza. Tymczasem trasa prowadzi po odsłoniętym stoku, na niebie nie ma nawet chmurki a słońce jest coraz wyżej tak że nawet w lesie trudno znaleźć chociaż skrawek cienia. Staram się więc oszukiwać samego siebie, piję coraz rzadziej, a łyki są raczej symboliczne, i nie ma oczywiście mowy o, jak to normalnie mam we zwyczaju, wypluwaniu części wody żeby przepłukać wargi.

Dopiero kiedy po prawej stronie pojawia się jakiś zbiornik wody, przypominam sobie że podobno bufet jest u strażaków nad zalewem, więc zaciągam spory łyk i jak panisko wypluwam połowę na drogę. Po chwili zaczynam żałować, bo widzę że zalew się kończy a biegnący przede mną zawodnik biegnie dalej. Na szczęście wkrótce widać namiot i wóz strażacki. Pierwszą rzeczą z której korzystam jest wiaderko wody wylewane fachowo przez obsługę na głowę, potem daję do napełnienia bukłak, i dopiero kiedy widzę że znikło w nim półtora litra wody rozglądam się po stole. Wesoła załoga przygotowała liczne specjały, ja ograniczam się do dwóch szklanek coli i puszki izostaru, tym razem niebieskiego. Ostatnia szansa żeby sprawdzić jak smakują bułki mija bezpowrotnie. Jakby co mam w plecaku zabrany na wszelki wypadek jakiś żel.

Ruszam na ostatni odcinek, zostało 14km. Na odchodnym strażak informuje mnie że ‘teraz już z górki’ po czym precyzuje ‘teraz zaraz ostro w górę, potem kolejna góra a potem już finisz’. Na tym odcinku zasada że ‘nie ma sensu przerywać tego marszu biegiem’ urasta do generalnej reguły a wyjątki od niej są tak sporadyczne, że nawet drwal policzyłby je na palcach jednej ręki. W zasadzie występują tylko wtedy kiedy wymusza to grawitacja i trzeba przestawiać szybko nogi żeby nie upaść. Nad zalewem przez chwilę wiał mocny wiatr, co miało tą zaletę że oprócz odrobiny chłodu rozgoniło muchy. Na górze już nie wieje a muchy powróciły i kąsają ze zdwojoną energią, jakby się chciały najeść na zapas. Po jakimś czasie docieram do skraju lasu. W oddali widać Boguszów, a w dole stojący na polnej drodze samochód z punktem pomiaru czasu. Pani obsługująca punkt informuje mnie ze do mety zostało około 9,7 km. Szczerze powiedziawszy oczekiwałem znacznie niższej cyfry ale cóż do wieczora jeszcze sporo czasu. Wreszcie docieram do asfaltu, gdzie dogania mnie inny zawodnik. Pytam czy nie wie przypadkiem ile jeszcze do końca i słyszę że wie, jakieś 4-5 km cały czas asfaltem.

Chyba już żadna wiadomość nie jest w stanie mnie załamać, idziemy razem i rozmawiamy, przechodzimy pod tunelem, którym już kilka godzin temu przebiegałem w przeciwnym kierunku i przed nami pojawia się tablica informująca o okolicznych atrakcjach. Dwie pierwsze Chełmiec i Stożek mamy już zaliczone, trzecia które jeszcze przed nami to, najwyżej położony Ratusz w Polsce. Nie powiem żeby ta skądinąd ciekawa informacja szczególnie nas ucieszyła. Przed nami ciągnie się pod górę długa i szeroka asfaltowa droga, na początku jest jeszcze trochę drzew, potem już tylko słońce. Wreszcie koniec prostej i znaczki pokazują skręt w prawo w pnąca się jeszcze stromiej ulicę. Te żółte odblaskowe znaki które towarzyszą nam przez cała drogę to rewelacja. Nigdy nie widziałem tak perfekcyjnie oznakowanej trasy, w żadnym momencie nie było wątpliwości którędy trzeba dalej biec, a kiedy mimo wszystko pojawiały się obawy czy aby czegoś nie przeoczyłem miałem pewność że za maksimum 500 metrów zobaczę następny znaczek, który mnie upewni że wszystko jest ok. Teraz znaczki prowadza przez wąskie uliczki. Ruch samochodowy jest tu minimalny, biegacze pojawiają się sporadycznie przez wiele godzin ale na każdym przejściu przez jezdnie czeka osoba która zatrzymuje ruch. To jest niesamowite. To że po piętnastu godzinach zwracam na takie rzeczy uwagę chyba też. Mój towarzysz nieco zwolnił na podejściu więc samotnie przemierzam uliczki Boguszowa, mijam ratusz i chwilę później jestem na tych samych schodkach którymi wybiegaliśmy wczoraj.

Tym razem nie ma tłoku, nikt mi nie przeszkadza, nie potrzebuję dodatkowego światła, mogę pędzić wprost do mety, ale jakoś nie zrywam się do szaleńczego finiszu. Mozolnie wspinam się po ścieżce obok schodków, mijam zakręt, teren się wypłaszacza i nagle widzę jak z ziemi podnosi się ze śpiwora Maciek, głośnym krzykiem informuje że się zbliżam dyżurująca kawałek dalej Gosię, która ma czas żeby przygotować telefon i zrobić mi zdjęcie. O dziwo jest to zdjęcie w biegu, bo sam nie wiem kiedy nogi same zaczęły poruszać się szybciej. Wbiegam na stadion i ostatnie metry przemierzam krokiem pewnym i sprężystym. Chociaż tyle mogę zrobić dla propagowania biegania.

Podsumowując udało mi się pokonać dystans, ale styl w jakim to zrobiłem nie zachwyca. Może rzeczywiście to jeszcze nie był czas na taki ‘bieg’. W takim razie jeśli nie bieg to co dalej?. Może mógłbym pokusić się o Przejście Kotliny Jeleniogórskiej, ale tam trzeba przejść dużo więcej, więc może lepszy będzie powrót do źródeł czyli Marszozbieg Lawina, (sześć kilometrów ze Śnieżki do Samotni, limit dwie godziny, w zasadzie cały czas w dół z jednym małym odcinkiem pod górę, który udało mi się w całości przebiec dopiero w czwartym starcie, pięć lat temu)

facebook

pomiar czasu

rekordy pro run

kalkulatory biegowe

News - pozostałe

Wycieczka biegowa - Kamieńczyk

Wycieczki biegowe niosą ze sobą wiele pozytywnych wspomnień. Ta, którą planujemy na 2 września będ...

Wild Run - bieg po ZOO

Zapraszamy na WILD RUN – RATUJMY ZWIERZĘTA AFRYKI! Celem biegu jest wsparcie akcji ratowania ginąc...

Poprowadź 35. PKO Wrocław Maraton

Na 35. PKO Wrocław Maraton lista startowa ciągle otwarta. Wspólnie z firmą IT Kontrakt poszukuje...

Trenujemy cały rok :)

Nie samym bieganiem biegacz żyje :) Z tego tez powodu czasem trzeba zaczerpnąć innych aktywności f...

Wycieczka biegowa - Przesieka 2017

Sezon letni w pełni. Dlatego już tradycyjnie wybieramy się na wycieczkę biegową, której finał bę...

Igrzyska Pro-Run

Nadeszły wakacje, a razem z nimi chwila na odpoczynek i chwile refleksji treningowej. Z tej okazji...

News - zawody

30 km - Wyniki 16.07.2017

Wyniki biegu dostępne będą na stronie DATASPORT (obecnie są prowadzone prace na serwerze i nie mam...

Letnia Trzydziestka 2017

Ruszyły zapisy na nasz lipcowy sprawdzian na dystansie 30 km. Ponownie można będzie sprawdzić swoj...

Biuro zawodów również w piątek

Już w piątek otwieramy biuro zawodów na bieg w Siechnicach w sklepie sportowym Decatchlon Bielany ...

Posiłek regeneracyjny

Posiłek regeneracyjny jest bardzo ważny również po zawodach, tym razem serwujemy grochówkę w wersj...

Organizacja w Siechnicach

  W Siechnicach zapowiada się ponad pięciuset startujących, a wraz z nimi zapewne kibice. Aby ...

Startujemy o 15:00

Start biegu na obu dystansach jest wspólny i rozpocznie się o godzinie 15. Początkowo miał się odb...